Reklama

wtorek, 15 stycznia 2019

Pejzaż Śląski: życie na Saturnie i nagie boginki

Wielkie malarstwo by zaistnieć potrzebuje: wielkich wydarzeń, wielkiego talentu i wielkich pieniędzy, albo przynajmniej jednej z tych rzeczy. Małe malarstwo potrzebuje tylko małej dawki szczęścia by zaistnieć poza małym światem i stać się małą legendą. Taką małą legendą małego świata Giszowca i Nikiszowca jest Grupa Janowska, która zrzesza artystów nieprofesjonalnych już przynajmniej 60 lat. Motorem napędowym do jej sformalizowania było  małe szczęście utalentowanych górników - powołanie przez Ottona Klimczoka Zakładowego Domu Kultury kopalni "Wieczorek".

Teofil Ociepka (Jan Siodlaczek) rozmawiający z aniołem (Barbara Sośnież). Kadr z filmu "Angelus".
To Klimczok był odpowiedzialny za pierwsze, lokalne jeszcze sukcesy grupy. Ta jednak konsolidowała się już w latach 30. wokół gminy okultystycznej, której  główne założenia  czerpały  wprost z tradycji różanego krzyża. Teofil Ociepka, przewodnik duchowy i artystyczny grupy, utrzymywał bowiem przez wiele lat stały kontakt z Filipem Hohmannem, rzekomym członkiem zakonu Różokrzyżowców, który udzielał mu mistycznych porad - oczywiście nie za darmo. Grupa Ociepki szukała wtedy m.in. przepisu na kamień  filozoficzny. Pod dużym wpływem okultysty pozostawała też grupa w następnych latach. Bolesław Skulik, jeden z  jej członków przytacza dosadną anegdotę charakteryzującą relację Ociepki ze światem Niesamowitym:
"Ten Janek Klich [sąsiad członków grupy] dar jasnowidzenia mioł od szóstego roku życia, czyli miał go wrodzony. Jak mu powiedziałem o Ociepce, że się interesuje mistyką, że się ćwiczy w postępie duchowym i tak dalej, i tak dalej, to on poszedł ze mną zaraz do niego. To było w 1933 roku. Klich ino wejrzał na Ociepkę i powiedział: wy żodnego postępu nie będziecie robić w duchowości, bo uprawiacie onanio, a onanio szkodzi w rozwoju duchowości. Ociepka był przecież kawalerem. Potem Klich puścił się w trans i powiedział jak wygląda Hohmann z Wirtembergii, a potem tak jeszcze Ociepkowi mówił: słuchajcie Ociepka! Wos takich w Polsce jest dwudziestu, którzy przysyłocie pieniądze Hohmannowi, a to jest szarlatan. Tak mu to wszystko Klich powiedzioł, a ten napisał zaraz do Hohmanna, który zaś odpisał: nie zadawaj się śnim, bo to jest corny magik. Ociepka pokazał ten list Klichowi, a on się ośmioł i powiado: ja, jo jest corny magik, bo jako bezrobotny kopia biedaszyby i jak z nich wychodza, tom jest corny jak diobeł!"
W pierwszym składzie Grupy Janowskiej, która oficjalnie zawiązała się w 1946 roku w przyzakładowym Domu Kultury na Nikiszowcu, znaleźli się: założyciel - Teofil Ociepka, Paweł Wróbel, Leopold Wróbel, Eugeniusz Bąk, Paweł Stolorz, Ewald Gawlik, Antoni Jaromin, Bolesław Skulik, Erwin Sówka oraz Gerard Urbanek. Każdego z malarzy charakteryzowało zupełnie odmienne podejście do tematu orędownictwa przez sztukę. Koło Malarzy Nieprofesjonalnych poruszało się jednak wspólnie drogami prymitywizmu. Postaram się przybliżyć czytelnikowi sylwetki tych małych, skromnych, jednak wciąż niezapomnianych artystów.

Urodzony w Janowie w 1891 roku Teofil Ociepka, pod wpływem Różokrzyżowców wykształcił mistyczną wizję świata, w której planeta Saturn sprowadzi na ludzkość pasmo nieszczęść, dając jednak też szansę na jej odkupienie. Głównym tematem jego dzieł utrzymanych w konwencji kolorowego surrealizmu było fantastyczno-(anty)naukowe przedstawienie swoich proroctw. Ociepka był przekonany, że to Filip Hohmann telepatycznie przekazuje mu treść dzieł, które ma malować. Od loży szwajcarskiej, dzięki swojemu zaangażowaniu i pracy artystycznej, uzyskał nawet tytuł Mistrza Sztuk Tajemnych. Saturn, tak podobny i niepodobny jednocześnie do Ziemi stanowił być może metaforę lepszego świata, którego artysta pragnął doświadczyć. Teofil Ociepka w swoich obrazach jako jedyny z grupy nie skupiał się bowiem na prezentacji okolicy, w której żył, ale na przedstawieniu odwiecznej walki dobra ze złem.

Fragmenty twórczości Teofila Ociepki.
Odrealnienie prac artysty nie wpasowywało się więc zupełnie w ramy jedynie słusznego wtedy socrealizmu - władze niechętne były wobec twórczości Ociepki i aktywnie uniemożliwiały mu rozwój. Dopiero wsparcie "Czajki" w 1948 roku - byłej kapitan Milicji Obywatelskiej, ale przede wszystkim uznanej  sosnowieckiej literatki Izabeli Stachowicz - otworzyło mu drzwi na warszawskie salony. W tym roku Ociepka poznał również  literatów Jana Kotta i Juliana Tuwima. Mimo tego, że artysta uniknął represji, nie był jednak w stanie aktywnie promować swojej sztuki - w oficjalnych interpretacjach zmuszony był porzucić autorską wizję mistycznego Saturna na rzecz "Krajobrazów Ery Paleozoicznej", jak określano jego twórczość. Teofil Ociepka kierował działalnością Grupy Janowskiej do 1959 roku, kiedy to wraz z żoną przeniósł się do Bydgoszczy i oddalił od okultyzmu i dawnych przyjaciół. Na 3 lata przed śmiercią, z okazji 85 urodzin, został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Najlepiej wykształconym w kierunku malarstwa członkiem grupy był Ewald Gawlik. Urodzony na Nikiszowcu w 1919 roku artysta, w czasach młodości kształcił się pod okiem Józefa Bimlera, Czesława Rzepińskiego i Pawła Stellera. Zafascynowany twórczością van Gogha, Gawlik zamierzał nawet studiować na ASP w Krakowie. Marzenia przerwała jednak II Wojna Światowa. Po jej zakończeniu władze komunistyczne określiły artystę mianem "elementu niepewnego politycznie i narodowo". Ewald Gawlik zmuszony został więc do porzucenia nadziei o uniwersytecie i zatrudnienia się w KWK "Wieczorek". Tam też malarz związał się z powstającą wtedy Grupą Janowską. Wyróżniał się znacznie pewniejszą ręką i bardziej wyrafinowanym warsztatem. Talent "śląskiego van Gogha", malującego scenki rodzajowe w duchu postimpresjonizmu i koloryzmu, nie był jednak zauważany aż do 1974 roku, kiedy to w Katowicach po raz pierwszy wystawiono jego dzieła. W latach 80. XX wieku dyrektor KWK "Staszic" oddał do dyspozycji Gawlika w Klubie Seniora pracownię i materiały plastyczne do pracy. Obecnie Izba Śląska z galerią tzw. Gawlikówką, jest udostępniona do zwiedzania, a w jej wnętrzu można podziwiać dzieła artysty.

Fragmenty twórczości Ewalda Gawlika.
Teofil Ociepka w latach 50. widział w Erwinie Sówce swojego przyszłego następcę. Tylko on bowiem i Bolesław Skulik (notabene to on przejął właśnie schedę po Ociepce) potrafili zrozumieć okultystyczne posłannictwo różokrzyżowca. Niestety przykładów malarstwa Skulika nie udało mi się znaleźć w ogólnodostępnej formie cyfrowej, skupię się więc na twórczości Sówki, który jako jedyny z pierwotnego trzonu Grupy, pozostaje jeszcze w gronie żywych. Urodzony na Giszowcu w 1936 roku artysta pracował w KWK "Wieczorek" wraz z Ewaldem Gawlikiem. Erwin Sówka częściej malował surrealistyczne, symboliczne akty, dla których rodzinne okolice Koła są jedynie tłem. Niepokojąca kolorystyka dzieł malarza stoi w mocnej opozycji do twórczości pozostałych artystów Grupy Janowskiej.

Fragmenty twórczości Erwina Sówki.
Rówieśnik Gawlika i jego sąsiad z czasów dzieciństwa - Gerard Urbanek - był raczej reporterem codzienności Janowa i okolic, niż artystycznym kaznodzieją. Jego dzieła wyróżniają się śmiałym podejściem do barwy i o wiele bardziej, niż u kolegów - statyką kompozycji. Jako jeden z nielicznych malarzy Grupy Janowskiej doczekał się rozgłosu i sławy jeszcze za życia. Tuż przed śmiercią w połowie lat 70. miał już na swoim koncie kilka wystaw o znaczeniu krajowym.

Fragmenty twórczości Gerarda Urbanka.
Paweł Stolorz, 3 lata młodszy od Teofila Ociepki, urodził się w Szopienicach. Przed I Wojną Światową był górnikiem w firmie Spadkobierców Gieschego. Po przyłączeniu rodzinnej wsi do Polski, zaczął trudnić się kowalstwem. Ulubionym tematem Stolorza pozostały rodzinne strony - Szopienice i Mysłowice. Pełne kolorów i zadziwiające swą szczegółowością prymitywistyczne akwarelowe panoramy były często porównywane do widoków autorstwa Nikifora Krynickiego. Przedstawiały one ważne dla artysty miejsca w scenerii pierwszych dekad XX. wieku. To m.in. twórczość Pawła Stolorza pozwala zrekonstruować życie mieszkańców Katowic sprzed stu lat. Z Grupą Janowską malarz był związany od jej powstania, aż do swojej śmierci w 1961 roku.

Fragmenty twórczości Pawła Stolorza.
Ostatni twórcy Grupy Janowskiej, których dzieła udało mi się znaleźć w internecie, to kuzynostwo - Paweł i Leopold Wróblowie z Szopienic. Starszy z malarzy, urodzony w 1911 roku Paweł Wróbel, do 1947 roku przebywał w lagrze na Kamczatce. Po powrocie zaczął pracować w KWK "Wieczorek". Wyspecjalizował się w malowaniu scen rodzajowych. Na przepełnionych kolorami i prostymi kształtami płótnach artysta uwieczniał ginący Śląsk: jego tradycję i kulturę. Ze względu na nieprzywiązywanie wagi do mimiki postaci na rzecz szczegółowości i drobiazgowości kompozycji, autor ten nazwany został "śląskim Breughlem") Młodszy Leopold (rocznik 1922) pracował wówczas w szopienickiej hucie cynku. Częściej bawił się perspektywą i światłem, a kolorystyka jego obrazów była znacznie bardziej przygaszona, niż u kuzyna. Tematami dzieł artysty były głównie natura, pojazdy mechaniczne oraz rodzinne Szopienice.

Fragmenty twórczości Pawła i Leopolda Wróblów.
Fragmenty twórczości Pawła i Leopolda Wróblów.
W Grupie Janowskiej po odejściu Ociepki przywództwo zmieniało się jeszcze kilkukrotnie, a wraz z nim skład osobowy, który wraz z upływem lat coraz mocniej zrywał łączność z pierwotną, okultystyczną filozofią założycieli. Katalizatorem rozkładu grupy była samobójcza śmierć szykanowanego Klimczoka w 1971 roku. Metafizyczne wyobrażenia mistrza Teofila pod przywództwem Helmuta Matury zmieniły się w studium pejzażu miejskiego. Obecnie z pierwotnego zespołu nie ostał się już nikt - jedynie Erwin Sówka, będący nestorem grupy, angażuje się jeszcze czasem w projekty artystów związanych dzisiaj ściśle z działalnością MDK "Szopienice-Giszowiec". Dzieła wszystkich malarzy Grupy Janowskiej można w oryginałach podziwiać m.in. w Muzeum Miejskim w Zabrzu, Muzeum Historii Katowic, czy Muzeum Górnośląskim w Bytomiu. W 2000 roku powstała też fabularyzowana biografia filmowa opowiadająca, często żartobliwie, o losach Grupy Janowskiej. Dzieło w reżyserii Lecha Majewskiego nosi tytuł "Angelus" i według wielu znajduje się w absolutnym kanonie śląskiej kinematografii. Wymieniany jednym tchem wraz z "Perłą w Koronie" i "Barbórką" film świetnie obrazuje mentalność, pragnienia i obawy mieszkańców Katowic. Gorąco polecam obejrzenie tego utworu, który może stać się dla widza spoza Katowic swoistym kluczem do zrozumienia filozofii janowskich artystów-amatorów.

środa, 9 stycznia 2019

Prawdziwe katowickie bojki

Kiedy byłem w czwartej klasie podstawówki, dostałem od rodziców książkę Marka Szołtyska pisaną całkiem w jego stylu - to znaczy łamaną polszczyzną, z niekiedy wtrącanymi śląskimi słowami. Nazywała się Bojki śląskie. Książka była jednak ciekawie przemyślana - Szołtysek przerabiał w niej znane baśnie na śląskie realia. Była tam między  innymi dziouszka ze sztracheclami z katowickiego dworca (czemu nie banhofu?) - postać przecież całkowicie nie nasza, jakby siłą wklejona z innego świata. Wtedy wzięło mnie na przemyślenia - czy naprawdę w Katowicach nic takiego się nie działo, że autor musiał posiłkować się Andersenem, by stworzyć ciekawą historię? Dopiero w dobie internetu udało mi się dokopać do jakichkolwiek śladów naprowadzających na coś, co można nazwać katowickimi legendami, czy mitami. Materiał, który zgromadziłem jest bardzo niejednorodny. Dziś będzie więc nieco luźniej, może trochę bardziej nostalgicznie.

Kopalnia i las - toposy śląskich bojek, fot. Megaclaudio.
W poprzednim wpisie przytoczyłem historię szopienickiego górnictwa, które aż prosi się o przerobienie na legendę. Jeżeli ktoś jeszcze się nie zapoznał z tym wpisem, zapraszam do lektury Sztauwajerów i bagrów. Tym razem przedstawię tę historię w formie śląskiej bojki. Spóźnione podziękowania należą się dr Danieli Dylus, polonistce z VI Liceum, która napisała artykuł opowiadający o tej niezwykłej historii.
Biedni mieszkańcy starego Roździenia nieopodal Szopienic od wieków uprawiali rolę na niemal jałowej śląskiej ziemi. W końcu pojawiła się jednak szansa na odmianę losu - kopalnie węgla. Wielu chciało dostać się do naturalnych skarbów i posiąść niezmierzone bogactwa, udało się to jednak tylko nielicznym. Ludzie korzystając z dóbr natury nie szanowali przy tym jej praw - wydobywając piasek potrzebny w kopalniach, niszczyli piękne pola i łąki. Rozgniewany Skarbek dawał im znaki, żądając by przestali fedrować - zsyłał na mieszkańców powodzie i zalewał kopalnie. Górnicy jednak pracowali dalej, a rzeka coraz częściej wylewała z koryta - cały czas pojawiały się nowe ofiary. Po długiej i wyczerpującej walce z żywiołem górnicy zrozumieli, że muszą poddać się woli Skarbka i  porzucić szyby. Duch kopalni w końcu uspokoił  się, nie dał jednak o sobie zapomnieć. Po latach przyszło jednak nowe pokolenie, które z jeszcze większą siłą chciało wydrzeć Skarbkowi szopienicki węgiel. Wtedy duch kopalni ukarał ludzi po raz kolejny i zniszczył ostatni szyb. Kara, choć sroga, nie była jednak zupełna - Skarbek dał bowiem Szopieniczanom jeszcze jedną szansę. Cały rozkopany przez ludzi teren przykrył krystalicznie czystą wodą bagrów, po których pływają dzisiaj łabędzie. Mieszkańcy muszą teraz troszczyć się o nowy krajobraz, po tym jak doszczętnie zniszczyli stary.
Katastrofa w Roździeniu na fotografii Heinricha Berndta, z archiwum strony Szopienice.org.
Jest to oczywiście moja osobista twórczość, nie wolna przecież od błędów. Nie odbiega ona jednak moim zdaniem od tradycyjnych śląskich historii, które najczęściej dotyczą właśnie miejsc bliskich opowiadającym - nowożytne mity pielęgnują etos pracy, dotykają problemów zwykłego człowieka. Są też takie opowieści, które nie kończą się  szczęśliwie,  mimo wyraźnego  morału. Mówią one o nostalgii za dawnym, sielskim klimatem Katowic. Serce miasta bije właśnie tą tęsknotą, którą zobaczyć możemy na przykład w tryptyku śląskim Kazimierza Kutza. Nieodżałowany Jasiu Kyks śpiewał też dokładnie o tym samym. Ale czy to też są bojki? W pewnym sensie chyba tak.
„Był ładny słoneczny dzień, samo południe.
A oni przyszli z piłami,
Poobcinali im ręce, głowy, nogi,
By w końcu został świętych liści krzew.

O mój Śląsku, umierasz mi w biały dzień.
O mój Śląsku, niszczą Cię Twe fabryki.
O mój Śląsku, niszczą Twe serce zielone,
Płuca Twej duszy...”
Mieszkańcy kolonii Karbowa ok. 1960 roku, fot. Ireneusz1966.
Tak Adam Adamus wspomina natomiast Karbową, starą kolonię która dziś pogrzebana jest w fundamentach katowickiego osiedla Paderewskiego:
„Gdzie się podziała ma dawna Karbowa?
Czy mi źle było wśród bujnej zieleni?
A może był to dobry sen lub piękna zjawa,
Która już nie powróci, jak minione lata?
W ten sposób umierały bezpowrotnie - całkiem niedawno, bo 50 lat temu - Katowickie zielone osiedla. Młode pokolenie może tylko słuchać historii na ich temat. Karbowa, gdy burzono ją do ostatniej cegły, miała prawie 400 lat. Przysiółek powstawał w tym samym czasie co dawne Katowice; tym samym zajęciem - metalurgią - trudnili się jej mieszkańcy. Na przełomie wieków funkcjonowały tu też dwie cegielnie i huta Emma, które zaopatrywały rodzące się miasto w niezbędne surowce. Karbowa była też kwiecistym buforem pomiędzy lotniskiem na Muchowcu, a kamienicami Katowic w latach powojennych. Drobna osada zniknęła bezpowrotnie z powierzchni ziemi w 1970 roku. Nowe wypiera stare - ten sam los spotkał zapomniany już Bederowiec, który w tym samym czasie został pochłonięty przez osiedle Tysiąclecia. Jeszcze w XIX wieku znajdowały się tu stolarnia i młyn, w latach międzywojennych jednak władze Katowic umieszczały na osiedlu bezrobotnych. Miejsce nieuchronnie podupadało. Niewygodną dzielnicę dopadło w końcu smutne przeznaczenie.

Ale co ze starymi bojkami, które opowiadały nasze prababcie? Najlepsze zostawiłem na koniec. Mamy bowiem w Katowicach historię naprawdę wyjątkową. To ludowe podanie przytaczał już Karol Miarka w latach 60. XIX wieku, kiedy naukowa etnografia jeszcze raczkowała. Opowieść dotyczy ponoć najstarszego zamieszkanego miejsca na terenie Katowic. Miejscem tym jest oddalona o niecały kilometr od murckowskiej hałdy Siągarnia - obecnie gospodarstwo rodziny Jaskółów zwane Winną Zagrodą. Małżeństwo zajmuje się produkcją koziego sera i wina całkowicie od podstaw. Współcześni mieszkańcy zdają sobie sprawę z tego, że ich dom znajduje się w miejscu niezwykłym, podtrzymując jego legendę. W treści tej bojki też puściłem nieco wodze fantazji, najważniejsze szczegóły nie zostały jednak przeze mnie zmienione.

Czarna studnia na Siągarni, fot. Erdymancyjo.
Na Siągarni, kiedy Kruszwicą władał zły król Popiel, przy leśnej ścieżce zwanej Czarną Drogą, mieszkała czarownica. Długowłosa, z krzywym nosem sięgającym brody i ślepa na jedno oko, nosiła naszyjnik zrobiony z zębów i kości małych dzieci. Jej siedzibę stanowiła  jama ziemna pod starym bukiem. Dostać się tam jedynie mogli ci, którzy znali hasło - ciche pohukiwanie na podobieństwo sowy. Całe dnie Czarna Czarownica warzyła eliksiry, czyniła straszliwe czary i dybała na życie  zbłąkanych  wędrowców. Otoczenia jamy wraz z życiodajną Czarną Studnią strzegł nieprzekupny wielki wąż. Któregoś dnia do lasu trafił zbłąkany misjonarz - święty Klemens z Ochrydy, uczeń sławnych Cyryla i Metodego, świętych patronów naszych ziem. Klemens uciekał na oślep od  prześladowców, którzy ścigali go aż od dalekich Moraw. Czarownica schwytała wnet niczego niespodziewającego się kapłana, aby czarami pozbawić go życia. Zła wiedźma musiała jednak ugiąć się wobec potęgi świętego krzyża, którego boskiej mocy wcześniej nie znała. Słysząc z ust Klemensa słowa modlitwy, straciła nagle siły i upadła na ziemię. Święty uciekł jej wtedy, a jako dziękczynienie za swoje ocalenie poświęcił Bogu pobliski pagórek, zwany do dzisiaj Klemensową Górką. Nieznane natomiast pozostają dalsze losy czarownicy. Czarna Studnia jest jednak dzisiaj sucha i pusta, więc możliwe że i stara wiedźma wyzionęła w końcu ducha.
Tak po prawdzie nie wiadomo, czy Klemens w ogóle kiedykolwiek zapuścił się tak daleko na północ, hagiografie milczą bowiem na ten temat. Katowice mają jednak swoją legendę z krwi i kości. Fakty historyczne nie mają więc tu żadnego znaczenia.

Piosenka Czarna Studnia” autorstwa Sylwka Szwedy.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Sztauwajery i bagry - śląskie Mazury

Zatruj jak Ślązaka jodem, gdy z Chorzowa samochodem jedzie latem do Darłowa śpiewała niegdyś Ania Brachaczek. W tych słowach jest sporo prawdy. Po co jechać z Chorzowa nad morze, skoro popluskać można się w Katowicach? Szybciej, taniej i przyjemniej, bez stresu związanego z wyjazdem poza Śląsk. Z sąsiadem można grilla zrobić, dzieci wyszaleją się w czystej wodzie, która nigdy nie słyszała o czymś takim jak zagrożenie bakteriologiczne. I to wszystko we wtorkowe popołudnie, bez potrzeby brania wolnego w pracy. A nad morze będzie można pojechać wtedy, kiedy kopalnia zorganizuje wczasy w Chorwacji... Tak działa to na Śląsku od dekad. Moi dziadkowie wyjeżdżali ze swoimi dziećmi na wczasy poza województwo niezmiernie rzadko i to tylko wtedy, gdy te były dotowane. Nie chodziło nawet o względy finansowe, ale utartą mentalność, która nie mija się bardzo z prawdą - nasze, czyli najlepsze (ewentualnie czasem też niemieckie było OK). Dlatego też dziadkowie co roku robili sobie egzotyczne-swojskie wczasy w śląskich Goczałkowicach. Tamtejszy, ogromny sztauwajer jest rzeczywiście jednym z najczystszych tego typu obiektów na Górnym Śląsku. Sam pamiętam jak babcia podczas jednego z takich wyjazdów karmiła mnie marchewką wykopaną w sąsiedztwie zbiornika i umytą w jego wodach.

Sztauwajer Kąpielowy w Dolinie Trzech Stawów, fot. Michalina Bednarek.
Katowickie sztauwajery i bagry pojawiły się stosunkowo niedawno. Proces ich powstawania znacząco różni się od siebie, podobnie jak ich zachowanie w naturze. Pozwolę sobie sporządzić własną, nieprofesjonalną klasyfikację, na której będę opierał treść tego wpisu. Sztauwajer, po niemiecku stauweiher (zbiornik zaporowy) to twór starszy - efekt uboczny polityki wydobywczej. Stawy te powstawały samorzutnie na rzekach, którym w różnych celach kopalnie ograniczały przepływ. Woda w blokowanych ciekach piętrzyła się, stąd potoczna nazwa. Sztauwajer potrzebuje do istnienia bezpośredniej ingerencji człowieka i stałej konserwacji. W przeciwnym wypadku naruszony niegdyś potok zacznie w końcu płynąć dawnym torem, lub wybierze inne koryto. W takim wypadku staw zarośnie więc lub wyschnie. Bagier, którego nazwa pochodzi od niemieckiego czasownika baggern (kopać), jest młodszym typem stawu, choć jego rodowód niemal zawsze jest XIX-wieczny. Ten rodzaj zbiornika powstawał zwykle poprzez długotrwałą degradację terenu, dokładniej wydobycie piasku lub gliny. Bagier nie potrzebuje ingerencji zewnętrznej, bowiem wyrobiska tego typu zawsze musiały być sztucznie osuszane w trakcie eksploatacji. Gdy zaprzestawano więc osuszania, dół sam w kilka sezonów napełniał się wodą. Ze względu na swój stały charakter, niemal każdy bagier stanowi cenny biotop dla różnorodnych, czasem rzadko spotykanych gatunków.

Gdy zacząłem redagować ten wpis zorientowałem się nagle, że sam nie mam pojęcia w jakiej kolejności powstawały katowickie stawy. Przestudiowałem więc dziesiątki map - plany radzieckie, polskie, niemieckie, mapy sztabowe, topograficzne oraz turystyczne. Zaglądałem do różnych, mniej i bardziej wiarygodnych serwisów internetowych. Po prawie czterogodzinnym odsiewaniu kilku dosłownie ziaren od tony plew mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że temat katowickich bagrów i sztauwajerów nie jest mi w żadnym wypadku obcy, a wie o nich więcej jedynie ten, kto od lat dwudziestych do sześćdziesiątych ubiegłego wieku odwiedzał je wszystkie i monitorował ich powstawanie z ołówkiem i notesem w dłoni. A nie powiem, naprawdę było wtedy co notować.

Skwer nad Ślepiotką, fot. Józef Wierciński.
Muszę jeszcze koniecznie dodać, że Katowice nie są całkowicie pozbawione naturalnych zbiorników wodnych. Te, dziś często już co prawda nie istnieją, są jednak i takie, które przetrwały - głównie w Lasach Murckowskich. Odosobnionym przykładem tego typu naturalnego jeziorka pośród zwartych osiedli jest paleomeander Ślepiotki, obecny już na XIX-wiecznych mapach, dziś serce zacisznego skweru w Piotrowicach. O tym, że jest to naturalne jeziorko dowiedziałem się... wczoraj, kiedy zbierałem materiał do tego wpisu. Tyle lat siadałem na ławkach tego miejsca i obserwowałem kaczki, nieświadomy tego, iż - jak się okazuje - one są tam od zawsze, a nie tylko od kilkudziesięciu lat. Ta myśl naprawdę pokrzepia serce.

Pierwszym stawem sztucznym powstałym na terenie dzisiejszych Katowic, który (powiedzmy) przetrwał do czasów współczesnych jest Małgorzata, której historia zaczyna się tuż przez I wojną światową. Jest też to pierwszy z pięciu sztauwajerów znajdujących się na rzecze Bolinie. Staw był pierwotnie jedynie rezerwuarem wody dla elektrowni św. Jerzego zasilającej kopalnię „Giesche” (późniejszą „Wieczorek”), potem stał się także akwenem rekreacyjnym. Na wiosnę 1926 roku wybudowano wieżę widoczną na fotografii, a w sierpniu odbyły się tu V pływackie mistrzostwa Polski. To tutaj trenowała olimpijka z Amsterdamu, Rozalia Kajzer-Piesiur; to tutaj siedzibę miał też związek pływacki Giszowiec-Nikiszowiec. 

Małgorzata w czasach świetności i współcześnie, fot. po lewej z archiwum strony Giszowiec - osiedle ogród.
O drugim i trzecim stawie - Górniku i Bolinie - wiadomo jedynie tyle, że pojawiły  się na mapie w późnych  latach 50., kiedy to rozbudowywano kopalnię „Wieczorek”. Stanowiły miejsce spotkań całych pokoleń mieszkańców Giszowca i Janowa. Dzieci chodziły tam na wagary, młodzież urządzała ogniska, a dorośli wędkowali. Dziś jedynie Bolina nadal świeci dawnym blaskiem dzięki gruntownym pracom rewitalizacyjnym przeprowadzonym z początkiem tysiąclecia. Modernizacja zbiornika była konieczna ze względu na wahania poziomu wody i sezonowe zalania okolicznych kamienic podczas intensywniejszych opadów deszczu. Zarówno Małgorzata, jak i Górnik, przestały jednak spełniać swoją stricte przemysłową rolę, umocnienia niszczały więc, a rzeka Bolina wróciła w końcu do swojego pierwotnego biegu. Misy stawów pozostawione same sobie zarastają dzisiaj w ciszy lasu. 

Górnik - widoczna śmierć stawu w latach 2013-2018, fot. Leszek Żądło i Marta Wiszniowska.
Pozostałe dwa sztauwajery noszą imiona Barbary i Janiny. Oba zostały wypiętrzone w latach 60. - planowano bowiem wtedy budowę kopalni „Staszic”. Zbiorniki, choć o typowo przemysłowym charakterze, szybko stały się miejscem wypoczynku. W 1977 roku założono ośrodek Barbara-Janina, dzisiejszą Rybaczówkę. Obecnie można jednak zaobserwować wyraźnie zmiany w poziomie wody w stawach. Barbara i Janina powoli i nieuchronnie będą wkrótce dzielić los Małgorzaty i Górnika, jeżeli nie podejmie się odpowiednich środków w celu ich ochrony.

Barbara i Janina na przełomie tysiącleci, Wikimedia Commons.
Los zgoła przeciwny czeka na szczęście inny zespół sztauwajerów, na tyle słynnych, że to określenie często przypisuje się tylko tym zbiornikom. Chodzi oczywiście o Dolinę Trzech Stawów, która prawdopodobnie właśnie teraz obchodzi stulecie istnienia. Niestety dokładny czas powstania zbiorników nie jest nam znany. Pewne jest, że w 1921 roku istniały już 4 z 14 dzisiejszych sztauwajerów, a ich lokalizacja odpowiadała mniej więcej dzisiejszym: Łące, Kajakowemu, Kąpielowemu i Ozdobnemu. Znamy także dobrze okoliczności powstania stawów. Początkowo były to, tak samo jak w przypadku giszowieckich zbiorników, obiekty stricte przemysłowe. Ówczesna kopalnia „Ferdynand” znajdująca się w miejscu dzisiejszej Strefy Kultury, potrzebowała do funkcjonowania naprawdę sporej rezerwy wodnej. Tej nie mogła dać Rawa, już wtedy mocno zdegenerowana biologicznie - w latach 1900 i 1911 za sprawą nieczystości płynących rzeką, przez Królewską Hutę przeszły dwie fale tyfusu. Kopalnia była więc zmuszona szukać niezanieczyszczonego żywiołu gdzie indziej. Wybór padł na mały, dziś ledwo zauważalny Leśny Potok, prawy dopływ Rawy mający źródło w lasach Muchowca i opływający kolonię Karbowa przy granicach ówczesnych Katowic. Postawiono odpowiednie umocnienia... i już w 1925 roku zaczęły powstawać pierwsze elementy infrastruktury wypoczynkowej, która do dzisiaj znacznie się rozrosła i stała się letnim sercem miasta. Dochody, które obecnie przynosi Dolina Trzech Stawów zapewniają jej pięknej przyrodzie świetlaną przyszłość.

Dolina Trzech Stawów - od lewej od góry sztauwajery: Łąka, Oczko, Kajakowy i Kąpielowy; fot. Jan Pawul.
Przeglądając stare mapy Katowic zastanawiałem się na ile wspomnienia mojej babci na temat młodości spędzonej nad Grunfeldem są autentyczne, a na ile są projekcją czasów nieco późniejszych, wciąż przecież nostalgicznie wspominanych. Był bowiem problem - Grunfeldu na starych mapach nie było ani w latach 20., ani 30. Dopiero plan z roku 1960 ukazywał na tym terenie staw. To jednak zupełnie nie zgadzało się ze wspomnieniami babci. W końcu udało mi się połączyć fakty - ucieszyłem się z nagłego przypływu inteligencji, który pozwolił mi wznieść się na wyżyny umysłowe godne pantofelka. To od Grunfelda pochodzi nazwa ulicy Ceglanej, bo to właśnie z dna dzisiejszego Grunfelda stary Izaak Grünfeld, wspaniały architekt, jeden z budowniczych młodych jeszcze Katowic, wydobywał glinę! Ostatnie wzmianki o czynnej cegielni prowadzonej przez jego syna Hugona przypadają na rok 1939. Żydowski architekt musiał uciekać przed hitlerowcami do Lwowa, gdzie nabawił się zapalenia płuc i zmarł. Stąd na mapie z 1942 roku nie ma już cegielni, ale jest stara glinianka, która naturalnie musiała napełnić się wodą w latach następnych. Obecnie Grunfeld, pierwszy katowicki bagier, istniejąc w cieniu Trzech Stawów zmarniał niesamowicie. Przez jakiś czas był nawet dzikim wysypiskiem, do dziś jednak pozostaje małym kącikiem dzikiej przyrody w sercu aglomeracji.

Bagier Grunfeld, fot. Ireneusz1966.
Szopienickie bagry są miejscem potwornie niedocenianym. Poza mieszkańcami dzielnicy i miłośnikami ważek, państwem Przondziono (pozdrawiam serdecznie!), nikt ich bowiem specjalnie nie odwiedza. A szkoda, ponieważ zarówno fauna, jak i flora stawów są wyjątkowo różnorodne. Ponadto jako jedyne ze zbiorników przywołanych w zestawieniu posiadają wodę, którą można pić. Nie pomyliłem się, szopienickie bagry, które były niemym świadkiem epidemii ołowicy, otoczone niemal ze wszystkich stron pozostałościami po przemyśle ciężkim, mają wodę pierwszej klasy czystości - tą samą, co woda którą mamy w domowych kranach. Szczerze powiedziawszy kiedyś nawet próbowałem wody z bagrów i uważam, że jest ona lepsza od goczałkowickiej kranówki. Fakt ten może dziwić tym bardziej, że każdy ze stawów jest popularnym miejscem plażowania Szopieniczan. Gdy jednak pochylić się nad czarną historią zbiorników, łatwo można zrozumieć skąd bierze się taki stan rzeczy.

By to zrobić, trzeba cofnąć się w czasie aż do lat 30. XIX wieku, kiedy to mieszkańcy rolniczego do tej pory Roździenia (obecnie zachodnia część Szopienic) odkrywają złoża węgla w okolicach ulicy Korczaka. W tamtych czasach kopalnię otworzyć mógł niemal każdy, szybko więc powstają dwie: Szczęście Luizy i Dobry Traugott. W ciągu prawie 100 lat istnienia kopalnie te trzy razy doświadczały katastrof związanych z zalewaniem szybów wodą - a to z nieopodal płynącej, wtedy nieuregulowanej jeszcze, Rawy, a to ze źródeł podziemnych. Dramat mieszkańców był ogromny, podobnie straty w ludziach i majątku, trzeba było jednak szybko poradzić sobie z podbramkową sytuacją, bowiem w bliskim sąsiedztwie firma Spadkobiercy Gieschego zaczynała budować wtedy węglowe imperium. Do prawidłowego funkcjonowania kopalni na tak niekorzystnym podłożu potrzebne były duże, z czasem coraz większe ilości piasku - wydobywano je więc na obszarze pola górniczego Hubertus oddalonego od szybów o niespełna kilometr. Z powodu problemów ekonomicznych tuż przed wybuchem II Wojny Światowej zawieszono pracę kopalni. Po dojściu komunistów do władzy próbowano jeszcze raz podjąć się wydobycia, tym razem w kopalni Polska" na Borkach. Niewyobrażalne zniszczenia terenu uniemożliwiały jednak prowadzenie sensownej działalności. Do połowy lat 50. zaprzestano więc wydobycia piasku na Hubertusie, koncentrując się na prowadzeniu wydobycia węgla upadową. Wyrobiska pozostałe po kopalniach piasku zaczęły w tym czasie napełniać się wodą. Tak powstały pierwsze szopienickie bagry: Ewald, Gliniok i Hubertus. Przystąpiono też wkrótce do likwidacji bliższego, ogromnego wyrobiska, które pod koniec lat 60. ubiegłego  wieku stało się dnem dla dzisiejszego bagru Morawa. W końcu w 1967 zamknięto upadową na Borkach, gdzie teren także zaczął się osuwać. Już na mapie z 1973 roku widać, że po dawnym przemyśle górniczym w Szopienicach pozostały tylko płaskie lustra wody.

Przyroda zespołu przyrodniczo-krajobrazowego Szopienice - Borki, fot. Katarzyna Przondziono.
Hubertus, Ewald, Gliniok, Morawa i Borki znajdują się więc w miejscach, gdzie czysta woda zawsze chciała się dostać - skrajna bieda, a później chciwość ludzi, jedynie ułatwiły jej dotarcie do celu. Dzisiaj szopienickie bagry są połączone w Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy Szopienice - Borki i zachęcają do odwiedzin nie tylko swoich sąsiadów spragnionych wypoczynku na łonie natury, ale też przyrodników: zarówno tych profesjonalnych, jak i amatorów. Gorąco zachęcam do przyłączenia się do nich i przekonania się, że skutki działalności przemysłu ciężkiego w Katowicach bywają także wyjątkowo pozytywne i piękne.

niedziela, 6 stycznia 2019

Śladami Spadkobierców Gieschego, część 3: Perła pośrodku buczyny

To Gieschewald (czyli Giszowiec) miał być osiedlem górniczym przy kopalni „Giesche”. To on miał być niedoścignionym wzorem, swoistym manifestem modernizmu w kontynentalnej Europie. Modernizmu przesyconego jednak tradycyjną, śląską wsią - żywym skansenem lokalnej kultury, uosobieniem etosu Ślązaka żyjącego dla pracy i rodziny. Projekt osiedla, tak misternie przygotowywany przez kuzynostwo Zillmannów, od początku nie miał jednak szansy na powodzenie - zwyczajnie nie był w stanie zaspokoić mieszkaniowego popytu - potrzebny był Nikiszowiec. Nikt jednak nie był w stanie przewidzieć w 1907 roku, że tak piękne osiedle zostanie zwyczajnie, bestialsko wyburzone już 70 lat później z tego samego powodu, dla którego niegdyś zostało wybudowane. Szczęściem, tego samego losu uniknął sąsiedni Nikiszowiec i jako praktycznie nienaruszony jest dzisiaj wizytówką miasta. O Giszowcu, który musiał ustąpić blokom z wielkiej płyty, pamiętają już tylko nieliczni, mimo że miano „miasta-ogrodu” z Katowicami kojarzy obecnie wielu. Stary Gieschewald - to było miasto-ogród z prawdziwego zdarzenia. Bez cudzysłowu.

Makieta z czasów powstawania osiedla, z archiwum strony Giszowiec - osiedle ogród.
Centralnym punktem Giszowca był rynek otoczony sadzonkami - nieco z boku placu jeszcze do niedawna znajdował się okazały buk - pomnik przyrody - ze względu na swoje potężne rozmiary mylnie nazywany przez mieszkańców „dębem”. Przy rynku znajdował się dom handlowy, budynek nadleśnictwa (bo Gieschewald” to las Gieschego, Spadkobiercy potrzebowali nadzorcy o odpowiednim fachu), podzielona na trzy budynki szkoła, remiza strażacka z wieżą obejmującą zasięgiem cały teren z okolicznymi lasami, oraz park z pokaźną gospodą. Od rynku gwiaździście rozchodziły się ulice nawiązujące nazwami do szybów kopalnianych znajdujących się przed laty na terenie lasu (choćby Berghtalstr., czy Pepitastr.), a także wskazujące kierunek podróży do sąsiednich miejscowości (np. Myslowitzerstr. i Kattowitzerstr.). Pomiędzy nimi ulokowane były dwa nieregularne kręgi ulic, pozwalające umieścić dodatkowe domostwa, kantynę, boisko i budynek celny. Zamknąć to wszystko na niecałym kilometrze kwadratowym powierzchni było karkołomnym przedsięwzięciem.

Rynek Giszowca wraz z domem handlowym, z archiwum strony Giszowiec - osiedle ogród.
Osiedle sukcesywnie rozbudowywano w latach następnych. Mimo tego nie było ono w stanie sprostać potrzebom powiększającej się w zawrotnym tempie kadry. Giszowiec zaczęto wyburzać w połowie lat 70. Wkrótce zlikwidowano też kosztowny w utrzymaniu Balkan łączący osiedle z Nikiszowcem i Szopienicami, dzielnice bowiem były już skomunikowane autobusowo. Na miejscu starych zabudowań stawiano bloki z wielkiej płyty, które miały służyć nowym pracownikom rosnącej kopalni Staszic”. Władze komunistyczne chciały nawet pozbyć się nazwy Giszowiec o wyraźnym rodowodzie niemieckim, zastępując ją Osiedlem Staszica. Nowa nazwa nigdy się oczywiście nie przyjęła. Oficjalnie powrócono do pierwotnego nazewnictwa dopiero w 1990 roku.

Także i tym razem zapraszam na spacer po dziedzictwie Spadkobierców Gieschego - nie zajmie on czytelnikowi więcej, niż godzinę. Może on być kontynuacją poprzedniego spaceru, bowiem Nikiszowiec i Giszowiec dzielą tylko 2 kilometry prostej, asfaltowej drogi, którą niegdyś jeździł Balkan. Podróż śladami przeszłości Giszowca proponuję rozpocząć przy willi dyrektora kopalni znajdującej się przy drodze 86. Budynek mieści się tuż przy ostatnim giszowieckim przystanku dla autobusów jadących w stronę Murcek. Willę, wbrew powszechnemu mniemaniu nie zamieszkiwał nigdy Anton Uthemann, dyrektor spółki, a jego podwładny Karl Besser. W czasie wojny budynek zajmował nazistowski funkcjonariusz Fritz Bracht, stąd potoczna nazwa obiektu - willa Brachta. W okresie powojennym rezydencja pełniła również funkcję przedszkola, a także była siedzibą klubu zakładowego - domu kultury założonego przy KWK Staszic”. Po przemianach ustrojowych miejscowy magnat, firma Węglokoks, miała w planach przekształcić budynek w luksusowy hotel z restauracją. Dziś obiekt zajmuje Getin Bank, który umieścił w budynku siedzibę centrali. Dzięki temu willa Dyrektora przeszła gruntowny remont i dziś jest jednym z najlepiej zachowanych budynków starego Giszowca.

Willa dyrektora.


Kierując się na wschód ulicą Górniczego Stanu i zbaczając z niej w lewo w kierunku lasu, czytelnik minie po prawej kolonię amerykańską, będącą drugim etapem rozbudowy osiedla w 1926 roku. Do nowo powstałych domków wprowadzono 9 rodzin z Montany. Dla nich też zostało ufundowane nieistniejące już pole golfowe. Kolonia ta jest efektem bardzo istotnych przemian - spółka Spadkobierców Gieschego została wtedy przejęta przez amerykański holding węglowy, niedbający już o potrzeby pracownika. O strajkach mieszkańców Nikiszowca i Giszowca, protestujących przeciwko zalaniu kopalni Giesche właśnie przez ten holding, opowiada film Kazimierza Kutza Perła w koronie. W głębi lasu można też dostrzec wieżę ciśnień znajdującą się na wzniesieniu. Dzięki niej mieszkańcy Giszowca, mimo braku bieżącej wody w mieszkaniach, mogli korzystać z jej ujęć znajdujących się na ulicach osiedla. Odległość między tymi ujęciami nigdy nie przekraczała 100 metrów.

Jeden z obiektów kolonii amerykańskiej.
Idąc dalej, czytelnik wróci na ulicę Górniczego Stanu. Skręcając później w lewo w ulicę Barbórki, znajdzie się już na terenie pierwotnego Giszowca. Kościół pw św. Stanisława Kostki znajdujący się w małym zagajniku został zbudowany już po II Wojnie Światowej. Wcześniej mieszkańcy Giszowca podlegali pod parafię mysłowicką oraz nikiszowiecką. W miejscu, gdzie dziś stoi kościół znajdowało się niegdyś ogrodnictwo zaopatrujące Giszowiec w artykuły pierwszej potrzeby. Produkty nieosiągalne w produkcji na miejscu Spadkobiercy rozprowadzali na osiedlu po cenie kupna, nie żądając marży od swoich pracowników. Kościół jest jednak interesującym obiektem, gdyż w jego przedsionku znajduje się jeden z pierwszych planów Giszowca ukazujący jego piękno z lotu ptaka. Część budynków znajdujących się na planie nigdy nie wybudowano.

Kościół pw św. Stanisława Kostki.
Kierując się dalej prosto ulicą Barbórki, a dalej chodnikiem przylegającym do blokowiska, czytelnik znajdzie się na placu Pod Lipami, rynku Giszowca. Kilka lat temu był on poddany gruntownej przebudowie. Linia starego chodnika musiała być przesunięta - przebijały się  bowiem przez niego stare drzewa pamiętające raczkujące jeszcze osiedle. Dawne nadleśnictwo stało się przedszkolem, szkoła - Agencją Rynku Rolnego. Na placu znajduje się także pomnik upamiętniający śląskich powstańców. Budynek strażacki dziś już nie istnieje, a ze starego buka został tylko pień. Tylko dom handlowy, mimo niemal całkowitego przebranżowienia, stoi nadal dumnie. W piekarni znajdującej się po północnej jego stronie, można obejrzeć jedno z oryginalnych dzieł Ewalda Gawlika, zwanego giszowieckim van Goghiem.

Plac Pod Lipami tuż po przebudowie, w tle dom handlowy.
Z drugiej strony placu znajduje się Park Giszowiecki - praktycznie nietknięty zębem czasu ośrodek kulturowy dzielnicy. W parku tym mieści się muzeum Ewalda Gawlika - Izba Śląska, która oprócz sztuki ma do zaoferowania odwiedzającym także rekonstrukcję typowej śląskiej chaty. Okazjonalnie dostępne są także warsztaty przybliżające turystom życie na starym Giszowcu. W bezpośrednim sąsiedztwie Izby Śląskiej znajduje się Karczma Śląska wraz z domem kultury i muszlą koncertową. Odbywają się w niej wystawy, koncerty oraz festiwale. Tak samo jak w przypadku Szybu Wilson na Nikiszowcu, i tutaj warto dostosować datę spaceru do wydarzeń kulturalnych. Tuż obok Karczmy Śląskiej znajduje się też bulodrom wykorzystywany przez miejscową ligę gry w petankę.

Wejście do Parku Giszowieckiego.
Każdy z budynków starego Giszowca został precyzyjnie zaplanowany. Ich dokładne rysunki techniczne dostępne są na stronie Giszowiec - osiedle ogród. Każdy dom, który ujrzy więc czytelnik po wyjściu z parku, czyli przy ulicach Przyjemnej oraz Wesołowskiej jest efektem nie przypadku, lecz skrupulatnego planowania Zillmannów. To na tych właśnie ulicach poczuć można ducha starego Giszowca. Rozkład domostw na osiedlu także nie był przypadkowy. Domy znajdujące się w połowie między skrzyżowaniami zajmowali zwykli górnicy - po dwie rodziny na dom. Jedna rodzina górnicza dysponowała ok. 40 metrami kwadratowymi wydzielonej powierzchni mieszkalnej, do tego własnym ogródkiem, zawsze doskonale wypielęgnowanym, oraz komórką, wychodkiem i chlewikiem. Wody bieżącej i elektryczności w domkach nie było, mieszkańcy mieli jednak do dyspozycji wspomniane już przeze mnie publiczne żurawie wodne oraz piece chlebowe. Na rogach ulic znajdowały się domy urzędników i sztygarów. Ci dysponowali co prawda dwa razy większą powierzchnią mieszkania, lecz nie byli uwolnieni od obowiązków. Domy na rogach pełniły bowiem ważną funkcję w  życiu osiedla - ich lokatorzy pilnowali porządku na osiedlu, oraz liczyli sąsiadów wybierających się z rana do pracy.

Ulica Przyjemna.
Dalszym etapem spaceru będzie wschodnia część Giszowca. Czytelnik dotrze tam kierując się z ulicy Wesołowskiej, przez Przyjazną i Ewy do ulicy Kwiatowej. Można tam zauważyć nieregularności w prowadzeniu siatki ulic i nie tak symetryczny układ budynków - wynika to nie tylko z poprawek naniesionych na plan w późniejszym etapie budowy osiedla, ale także wybiórczych pracach wyburzeniowych z końca lat 70. Przy ulicy Ewy znajduje się na przykład dom nie podwójny, jak w innych częściach dzielnicy, a poczwórny. Istnieją  także w mozaice Giszowca wyrwy, gdzie zdążono już wyburzyć stary budynek, ale po zatrzymaniu likwidacji osiedla wielkość działki uniemożliwiała na tamten czas nową inwestycję. Niektóre z tych miejsc są już zagospodarowywane, inne - pozostają puste. Warto zauważyć w tym miejscu fakt, iż mieszkańcy starych domków nie mają prawa przeprowadzać żadnych modyfikacji budynków (łącznie z kolorem fasad) bez zgody konserwatora zabytków. Uniemożliwia to samowolną ingerencję w starą architekturę, jednocześnie opóźniając postęp niezbędnych prac konserwacyjnych.

Wspomniany poczwórny dom przy ulicy Ewy.
Ostatnim etapem spaceru będzie położony najbardziej na wschodzie tzw. Neubau, czyli pierwszy etap rozbudowy osiedla, kierowany jeszcze z początku przez Spadkobierców Gieschego. Zabudowano wtedy rezerwowy pas ziemi ciągnący się wzdłuż późniejszej towarowej odnogi Balkanu, przy obecnych ulicach Sputników i Kosmicznej. Budowa rozpoczęta w 1920 roku ciągnęła się jeszcze do końca lat 40. Skutkiem tego jest istnienie bardzo zróżnicowanej architektury na małej powierzchni, jednocześnie odbiegającej zarówno stylistyką, jak i jakością wykonania od pierwotnej zabudowy Giszowca. Zwłaszcza na ulicy Kosmicznej widoczny jest wyraźny ślad polskiego architekta. Zaraz po drugiej stronie ulicy czytelnik ujrzy szyb Roździeński nieczynnej już KWK Wieczorek”, a także przystanek autobusowy, z którego odjeżdżają autobusy w kierunku Katowic.

Tzw. Neubau - po lewej zabudowania powojenne, po prawej przedwojenne.
Zwiedzając wspólnie dawne włości Spadkobierców Gieschego nie można zapomnieć o tragicznej w skutkach polityce rządu polskiego - najpierw sanacyjnego, a później komunistycznego, na tych ziemiach. Grabieżcza polityka zniszczyła zarówno Szopienice, jak i Nikiszowiec i Giszowiec. Choć wiele ostało się z tych starych, pięknych dzielnic, których zabytki są powoli obejmowane ochroną konserwatorską, to jednak pamiętać należy o problemach społecznych tych miejsc, których nie da załatwić się jedną uchwałą. Rosnące bezrobocie, przy jednoczesnym wzroście cen gruntów, zmusza często mieszkańców do porzucenia domu przodków. Dzielnice wschodnie Katowic wyludniają się z roku na rok coraz bardziej, zamykane są też zakłady przemysłowe - dawne karmicielki osiedli. Zabytkowe kolonie stają się ghettami, gdzie nierzadko umieszcza się ludzi z marginesu społecznego pozostawiając bez jakiejkolwiek pomocy (pomijając oczywiście głodowe zasiłki). Jeżeli pozwolimy tym procesom dalej się rozwijać, już za pół wieku po dziedzictwie Spadkobierców nie zostanie już kamień na kamieniu, a cenne zabytki trzeba będzie rozbierać, tak jak ma to miejsce na przykład na Borkach.

O starym Giszowcu i przemianach na nim zachodzących przez lata, pisać będę zapewne jeszcze nieraz, mam bowiem zgromadzonych wiele materiałów ze strony facebookowej, którą prowadziłem 5 lat temu. Niemal wszystkie fotografie, pocztówki, czy obrazy zamieszczane tutaj pochodzą ze wspominanej już przez mnie strony Giszowiec - osiedle ogród prowadzonej przez Pawła Grzywocza. Bez jego ogromnej, inspirującej skarbnicy wiedzy gromadzonej latami, moje wpisy, te dotychczasowe, jak i przyszłe, nie mogłyby powstać. W związku z tym serdeczne podziękowania należą się jemu i wszystkim innym zaangażowanym w tworzenie tego wspaniałego serwisu pielęgnującego dziedzictwo Giszowca.

sobota, 5 stycznia 2019

Śladami Spadkobierców Gieschego, część 2: Różany ogród o czerwonych oknach

Pierwszą część serii zakończyliśmy nad brzegiem stawu Borki niedaleko Szopienic. Niemal wszystkie ślady przeszłości pokazane przeze mnie były zbudowane w XIX wieku, kiedy firma Spadkobiercy Gieschego zarządzana przez Friedricha Bernhardi skupiona była na hutnictwie metali nieżelaznych. W poprzednim wpisie wspomniałem o polach górniczych należących do Spadkobierców Gieschego. Skrupulatnie łącząc eksploatowane już przez firmę poletka różnych właścicieli, w tym dobra ostatniego ordynata mysłowickiego Aleksandra Mieroszewskiego, szychtmistrza Daniela Henryka Dalibora i hrabiego Franciszka von Thiele-Wincklera, Bernhardi zdołał zgromadzić kapitał pozwalający na uruchomienie jeszcze większego przedsięwzięcia. Połączenie tych pól w jedną kopalnię „Giesche” o ponad 840 hektarach powierzchni nastąpiło w roku 1883. Koncern Spadkobierców dysponował w tamtym czasie prawdopodobnie największą rezerwą budżetową na kontynencie. Nic więc dziwnego, że w większości zalesiony, lecz bardzo bogaty teren stał się obiektem zainteresowań wielkich wizjonerów - Antona Uthemanna oraz Emila i Georga Zillmannów, a już niecałe 30 lat później, spór o niego toczyły ze sobą potęgi ówczesnego świata. Uthemann, będący do tej pory tajnym radcą górniczym koncernu, w 1904 roku przejął zarząd nad spółką. Podjął on wiele działań modernizacyjnych w kopalniach Spadkobierców, a także zlecił budowę nowych szybów - Carmer i Nikisch (dzisiaj Pułaski i Poniatowski).


Rynek na Nikiszowcu, z archiwum Marka Wróbla.
3 lata później podjęto decyzję o budowie nowego osiedla górniczego według planów Zillmannów na terenie lasu Gieschewald. Awangardowy i bardzo ambitny zamysł osiedla nie był w stanie jednak zaspokoić popytu na mieszkania w nowym miejscu. Już rok po rozpoczęciu prac, postanowiono wybudować drugie, znacznie mniejsze osiedle nazwane po prostu Szyb Nikisch, które paradoksalnie było jednak w stanie dać mieszkania znacznie większej liczbie osób. W tym projekcie Zillmannowie przeszli samych siebie tworząc model unikatowy w skali europejskiej, o ile nie światowej. Zbudowano także kościół pw św. Anny dla mieszkańców zmęczonych cotygodniową podróżą do sąsiednich Szopienic, a wkrótce bliźniacze osiedla i kolonię Wilhelmina połączono darmową kolejką wąskotorową zwaną żartobliwie Balkanem, której żywot zakończył się dopiero na fali kryzysu gospodarczego drugiej połowy lat 70. XX wieku. Tak rozpoczęła się historia Nikiszowca - różanego ogrodu. Projekt uzdolnionych kuzynów cieszy się dziś ogromnym zainteresowaniem turystów z całego świata. Praktycznie nienaruszone zabudowania są obecnie miejscem organizowania wielu jarmarków i innych imprez masowych.

Zapraszam tymczasem do odbycia drugiego spaceru, tym razem znacznie krótszego, obfitującego natomiast w sporo miejsc wartych uwagi. Każdy bowiem punkt, który chciałbym zaprezentować, ma niekwestionowaną wartość muzealną. Naszą podróż zaczniemy przy Galerii Szyb Wilson, szybie nieistniejącej już kopalni Wieczorek (dawniej „Giesche”). Cyklicznie odbywa się tu Art Naif Festival - międzynarodowy festiwal sztuki naiwnej. Wystawa stała obejmuje obrazy m.in. Erwina Sówki i Grupy Janowskiej, o której pewnie jeszcze kiedyś napiszę. Oprócz tego w galerii organizowane są także koncerty jazzowe i inne wydarzenia kulturalne warte uwagi. Warto przed spacerem dowiedzieć się co może zaprezentować nam Szyb Wilson i dostosować datę do jego programu.

Galeria Szyb Wilson, niegdyś pierwszy przystanek Balkanu.
Kierując się na południe ulicą Szopienicką, należy skręcić w lewo tuż przy wjeździe do hotelu Jantor, w ulicę Zofii Nałkowskiej. Jantor posiadający też lodowisko, jest miejscem treningów drużyny hokejowej Naprzód Janów, w której grają górnicy dawnej kopalni Wieczorek. Drużyna ta dała masę powodów do dumy Nikiszowcowi, zdobywając puchar Polski w 1969 roku i masę pomniejszych nagród w latach następnych. W Naprzodzie grał też trzykrotny olimpijczyk, Janusz Adamiec. Idąc dalej ulicą Nałkowskiej, wchodząc już w pierwszą po prawej bramę, ujrzymy prawie nietknięty zębem czasu obraz starego Nikiszowca. Charakterystyczne czerwone kolory framug i parapetów oznaczały niegdyś przynależność do stanu górniczego. Hutnicy dla odróżnienia stosowali farbę zieloną. Z czasem różnice zatarły się. Domy pozbawione były indywidualnych toalet, wspólna znajdowała się na korytarzu.

Kwadrat kamienic przy skrzyżowaniu ulic Nałkowskiej i Rymarskiej.
Wychodząc inną bramą na ulicę Rymarską, wąską brukowaną uliczkę, szybko znajdziemy się na placu Wyzwolenia - nikiszowieckim rynku. Poddany gruntownej renowacji plac jest dzisiaj jedną z wizytówek Katowic w wielkim świecie. Przyjmuje on tysiące turystów rocznie, w tym stałych odwiedzających, do których grona należy m.in. wybitny profesor psychologii Philip Zimbardo, twórca i organizator słynnego eksperymentu stanfordzkiego. Nikiszowiec czaruje swoją bajkową wręcz architekturą nie tylko naukowców. To tutaj filmy kręcili Maciej Pieprzyca, Janusz Kidawa, Lech Majewski i Kazimierz Kutz tworząc kanon śląskiej kinematografii - powstały tu Sól ziemi czarnej, Perła w koronie, Grzeszny żywot Franciszka Buły, Angelus i Barbórka”. Warto zwrócić uwagę na krużganki lokalnych sklepów - nasze „śląskie sukiennice”, a także portale kamienic wokół. Centralny punkt placu zajmuje kościół pw św. Anny i sąsiadujący z nim skwer noszący imię swoich projektantów - Emila i Georga Zillmannów. Na lewo od skweru znajduje się zabytkowy budynek poczty z wyraźnie wyróżniającą się różaną mozaiką - symbolem Nikiszowca.

Kościół pw św. Anny i skwer im. Zillmannów.
Niecodziennym rozwiązaniem mającym na celu oszczędność miejsca, przy jednoczesnym unikaniu przeludniania budynków, było łączenie ich ze sobą mostami podwieszanymi nad ulicami osiedla. W sumie mostów tego typu jest kilka. Udana próba znalezienia ich wszystkich przez czytelnika zaowocuje zwiedzeniem całego Nikiszowca - część jest bowiem rozmieszczona w jego punktach skrajnych. Interesujący jest fakt, iż mimo typowo ekonomicznego podejścia do budowy osiedla, tzn. brak malowania fasad i bogatych zdobień, architekci zadbali o unikalność poszczególnych kamienic. Niemal każda z nich zawiera bowiem niepowtarzalny układ wyszukanych, choć prostych form architektonicznych: łuków, podcieni, attyk, lukarn, okien wypukłych i portfenetrów; wszystkich zbudowanych z czerwonej cegły.

Mieszanka stylów u wylotu ul. św. Anny.
Wewnątrz poszczególnych kwadratów znajdują się place - podwórka będące niegdyś centrami kulturalnymi Nikiszowca. Znajdowały się na nich komórki, chlewiki, piece chlebowe. To tam spotykały się gospodynie, tam dzieci grały w klipę i berka. To właśnie utrata przez place swojego prospołecznego statusu spowodowała zmiany w charakterze dzielnicy. Na przełomie tysiącleci stała się ona niebezpiecznym miejscem, zmuszając wiele rodzin do opuszczenia swoich domów. Na szczęście proces ten udało się zatrzymać i częściowo odwrócić, Nikiszowiec zyskał zainteresowanie wielu biznesów, wzrosła wartość ziemi, pojawiają się nowe inwestycje.

Plac między ulicami ks. Ficka i Odrowążów.
Część Nikiszowca wyraźnie jednak umiera dalej. W 2018 roku zamknięta została kopalnia Wieczorek” istniejąca pod różnymi nazwami od prawie 200 lat. To dla niej Nikiszowiec powstał i - jeżeli nie znajdzie się nowa nisza - przez jej brak umrze. Kopalnia była niemym świadkiem powstań śląskich i serii strajków okresu międzywojnia. To tu pracowali malarze z Grupy Janowskiej i hokeiści Naprzodu. Tu rodziły się śląskie Niezależne Związki Zawodowe. Wieczorek”, mimo czekających na wydobycie pokładów węgla, borykał się z problemami co prawda już od epoki gierkowskiej, kiedy to zamknięto kolejkę Balkan dowożącą górników z sąsiednich kolonii. Problemy pogłębiły się wraz z nastaniem nowej ery, gdzie przetwórstwo węgla nie jest już traktowane priorytetowo i szuka się nowych źródeł energii. Pracowników nieczynnej kopalni wraz z rezerwami węgla przejął giszowiecki sąsiad Staszic”. Pozostaje jednak pytanie co zrobić z zabytkowym - teraz pustym już - szybem Pułaski. Oby podzielił on los bratniego Wilsona. Turystów i koneserów sztuki bowiem w Katowicach nie brakuje.

Na zdjęciu - jeszcze czynny - szyb Pułaski, w rogu wagoniki Balkanu.