Reklama

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Sztauwajery i bagry - śląskie Mazury

Zatruj jak Ślązaka jodem, gdy z Chorzowa samochodem jedzie latem do Darłowa śpiewała niegdyś Ania Brachaczek. W tych słowach jest sporo prawdy. Po co jechać z Chorzowa nad morze, skoro popluskać można się w Katowicach? Szybciej, taniej i przyjemniej, bez stresu związanego z wyjazdem poza Śląsk. Z sąsiadem można grilla zrobić, dzieci wyszaleją się w czystej wodzie, która nigdy nie słyszała o czymś takim jak zagrożenie bakteriologiczne. I to wszystko we wtorkowe popołudnie, bez potrzeby brania wolnego w pracy. A nad morze będzie można pojechać wtedy, kiedy kopalnia zorganizuje wczasy w Chorwacji... Tak działa to na Śląsku od dekad. Moi dziadkowie wyjeżdżali ze swoimi dziećmi na wczasy poza województwo niezmiernie rzadko i to tylko wtedy, gdy te były dotowane. Nie chodziło nawet o względy finansowe, ale utartą mentalność, która nie mija się bardzo z prawdą - nasze, czyli najlepsze (ewentualnie czasem też niemieckie było OK). Dlatego też dziadkowie co roku robili sobie egzotyczne-swojskie wczasy w śląskich Goczałkowicach. Tamtejszy, ogromny sztauwajer jest rzeczywiście jednym z najczystszych tego typu obiektów na Górnym Śląsku. Sam pamiętam jak babcia podczas jednego z takich wyjazdów karmiła mnie marchewką wykopaną w sąsiedztwie zbiornika i umytą w jego wodach.

Sztauwajer Kąpielowy w Dolinie Trzech Stawów, fot. Michalina Bednarek.
Katowickie sztauwajery i bagry pojawiły się stosunkowo niedawno. Proces ich powstawania znacząco różni się od siebie, podobnie jak ich zachowanie w naturze. Pozwolę sobie sporządzić własną, nieprofesjonalną klasyfikację, na której będę opierał treść tego wpisu. Sztauwajer, po niemiecku stauweiher (zbiornik zaporowy) to twór starszy - efekt uboczny polityki wydobywczej. Stawy te powstawały samorzutnie na rzekach, którym w różnych celach kopalnie ograniczały przepływ. Woda w blokowanych ciekach piętrzyła się, stąd potoczna nazwa. Sztauwajer potrzebuje do istnienia bezpośredniej ingerencji człowieka i stałej konserwacji. W przeciwnym wypadku naruszony niegdyś potok zacznie w końcu płynąć dawnym torem, lub wybierze inne koryto. W takim wypadku staw zarośnie więc lub wyschnie. Bagier, którego nazwa pochodzi od niemieckiego czasownika baggern (kopać), jest młodszym typem stawu, choć jego rodowód niemal zawsze jest XIX-wieczny. Ten rodzaj zbiornika powstawał zwykle poprzez długotrwałą degradację terenu, dokładniej wydobycie piasku lub gliny. Bagier nie potrzebuje ingerencji zewnętrznej, bowiem wyrobiska tego typu zawsze musiały być sztucznie osuszane w trakcie eksploatacji. Gdy zaprzestawano więc osuszania, dół sam w kilka sezonów napełniał się wodą. Ze względu na swój stały charakter, niemal każdy bagier stanowi cenny biotop dla różnorodnych, czasem rzadko spotykanych gatunków.

Gdy zacząłem redagować ten wpis zorientowałem się nagle, że sam nie mam pojęcia w jakiej kolejności powstawały katowickie stawy. Przestudiowałem więc dziesiątki map - plany radzieckie, polskie, niemieckie, mapy sztabowe, topograficzne oraz turystyczne. Zaglądałem do różnych, mniej i bardziej wiarygodnych serwisów internetowych. Po prawie czterogodzinnym odsiewaniu kilku dosłownie ziaren od tony plew mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że temat katowickich bagrów i sztauwajerów nie jest mi w żadnym wypadku obcy, a wie o nich więcej jedynie ten, kto od lat dwudziestych do sześćdziesiątych ubiegłego wieku odwiedzał je wszystkie i monitorował ich powstawanie z ołówkiem i notesem w dłoni. A nie powiem, naprawdę było wtedy co notować.

Skwer nad Ślepiotką, fot. Józef Wierciński.
Muszę jeszcze koniecznie dodać, że Katowice nie są całkowicie pozbawione naturalnych zbiorników wodnych. Te, dziś często już co prawda nie istnieją, są jednak i takie, które przetrwały - głównie w Lasach Murckowskich. Odosobnionym przykładem tego typu naturalnego jeziorka pośród zwartych osiedli jest paleomeander Ślepiotki, obecny już na XIX-wiecznych mapach, dziś serce zacisznego skweru w Piotrowicach. O tym, że jest to naturalne jeziorko dowiedziałem się... wczoraj, kiedy zbierałem materiał do tego wpisu. Tyle lat siadałem na ławkach tego miejsca i obserwowałem kaczki, nieświadomy tego, iż - jak się okazuje - one są tam od zawsze, a nie tylko od kilkudziesięciu lat. Ta myśl naprawdę pokrzepia serce.

Pierwszym stawem sztucznym powstałym na terenie dzisiejszych Katowic, który (powiedzmy) przetrwał do czasów współczesnych jest Małgorzata, której historia zaczyna się tuż przez I wojną światową. Jest też to pierwszy z pięciu sztauwajerów znajdujących się na rzecze Bolinie. Staw był pierwotnie jedynie rezerwuarem wody dla elektrowni św. Jerzego zasilającej kopalnię „Giesche” (późniejszą „Wieczorek”), potem stał się także akwenem rekreacyjnym. Na wiosnę 1926 roku wybudowano wieżę widoczną na fotografii, a w sierpniu odbyły się tu V pływackie mistrzostwa Polski. To tutaj trenowała olimpijka z Amsterdamu, Rozalia Kajzer-Piesiur; to tutaj siedzibę miał też związek pływacki Giszowiec-Nikiszowiec. 

Małgorzata w czasach świetności i współcześnie, fot. po lewej z archiwum strony Giszowiec - osiedle ogród.
O drugim i trzecim stawie - Górniku i Bolinie - wiadomo jedynie tyle, że pojawiły  się na mapie w późnych  latach 50., kiedy to rozbudowywano kopalnię „Wieczorek”. Stanowiły miejsce spotkań całych pokoleń mieszkańców Giszowca i Janowa. Dzieci chodziły tam na wagary, młodzież urządzała ogniska, a dorośli wędkowali. Dziś jedynie Bolina nadal świeci dawnym blaskiem dzięki gruntownym pracom rewitalizacyjnym przeprowadzonym z początkiem tysiąclecia. Modernizacja zbiornika była konieczna ze względu na wahania poziomu wody i sezonowe zalania okolicznych kamienic podczas intensywniejszych opadów deszczu. Zarówno Małgorzata, jak i Górnik, przestały jednak spełniać swoją stricte przemysłową rolę, umocnienia niszczały więc, a rzeka Bolina wróciła w końcu do swojego pierwotnego biegu. Misy stawów pozostawione same sobie zarastają dzisiaj w ciszy lasu. 

Górnik - widoczna śmierć stawu w latach 2013-2018, fot. Leszek Żądło i Marta Wiszniowska.
Pozostałe dwa sztauwajery noszą imiona Barbary i Janiny. Oba zostały wypiętrzone w latach 60. - planowano bowiem wtedy budowę kopalni „Staszic”. Zbiorniki, choć o typowo przemysłowym charakterze, szybko stały się miejscem wypoczynku. W 1977 roku założono ośrodek Barbara-Janina, dzisiejszą Rybaczówkę. Obecnie można jednak zaobserwować wyraźnie zmiany w poziomie wody w stawach. Barbara i Janina powoli i nieuchronnie będą wkrótce dzielić los Małgorzaty i Górnika, jeżeli nie podejmie się odpowiednich środków w celu ich ochrony.

Barbara i Janina na przełomie tysiącleci, Wikimedia Commons.
Los zgoła przeciwny czeka na szczęście inny zespół sztauwajerów, na tyle słynnych, że to określenie często przypisuje się tylko tym zbiornikom. Chodzi oczywiście o Dolinę Trzech Stawów, która prawdopodobnie właśnie teraz obchodzi stulecie istnienia. Niestety dokładny czas powstania zbiorników nie jest nam znany. Pewne jest, że w 1921 roku istniały już 4 z 14 dzisiejszych sztauwajerów, a ich lokalizacja odpowiadała mniej więcej dzisiejszym: Łące, Kajakowemu, Kąpielowemu i Ozdobnemu. Znamy także dobrze okoliczności powstania stawów. Początkowo były to, tak samo jak w przypadku giszowieckich zbiorników, obiekty stricte przemysłowe. Ówczesna kopalnia „Ferdynand” znajdująca się w miejscu dzisiejszej Strefy Kultury, potrzebowała do funkcjonowania naprawdę sporej rezerwy wodnej. Tej nie mogła dać Rawa, już wtedy mocno zdegenerowana biologicznie - w latach 1900 i 1911 za sprawą nieczystości płynących rzeką, przez Królewską Hutę przeszły dwie fale tyfusu. Kopalnia była więc zmuszona szukać niezanieczyszczonego żywiołu gdzie indziej. Wybór padł na mały, dziś ledwo zauważalny Leśny Potok, prawy dopływ Rawy mający źródło w lasach Muchowca i opływający kolonię Karbowa przy granicach ówczesnych Katowic. Postawiono odpowiednie umocnienia... i już w 1925 roku zaczęły powstawać pierwsze elementy infrastruktury wypoczynkowej, która do dzisiaj znacznie się rozrosła i stała się letnim sercem miasta. Dochody, które obecnie przynosi Dolina Trzech Stawów zapewniają jej pięknej przyrodzie świetlaną przyszłość.

Dolina Trzech Stawów - od lewej od góry sztauwajery: Łąka, Oczko, Kajakowy i Kąpielowy; fot. Jan Pawul.
Przeglądając stare mapy Katowic zastanawiałem się na ile wspomnienia mojej babci na temat młodości spędzonej nad Grunfeldem są autentyczne, a na ile są projekcją czasów nieco późniejszych, wciąż przecież nostalgicznie wspominanych. Był bowiem problem - Grunfeldu na starych mapach nie było ani w latach 20., ani 30. Dopiero plan z roku 1960 ukazywał na tym terenie staw. To jednak zupełnie nie zgadzało się ze wspomnieniami babci. W końcu udało mi się połączyć fakty - ucieszyłem się z nagłego przypływu inteligencji, który pozwolił mi wznieść się na wyżyny umysłowe godne pantofelka. To od Grunfelda pochodzi nazwa ulicy Ceglanej, bo to właśnie z dna dzisiejszego Grunfelda stary Izaak Grünfeld, wspaniały architekt, jeden z budowniczych młodych jeszcze Katowic, wydobywał glinę! Ostatnie wzmianki o czynnej cegielni prowadzonej przez jego syna Hugona przypadają na rok 1939. Żydowski architekt musiał uciekać przed hitlerowcami do Lwowa, gdzie nabawił się zapalenia płuc i zmarł. Stąd na mapie z 1942 roku nie ma już cegielni, ale jest stara glinianka, która naturalnie musiała napełnić się wodą w latach następnych. Obecnie Grunfeld, pierwszy katowicki bagier, istniejąc w cieniu Trzech Stawów zmarniał niesamowicie. Przez jakiś czas był nawet dzikim wysypiskiem, do dziś jednak pozostaje małym kącikiem dzikiej przyrody w sercu aglomeracji.

Bagier Grunfeld, fot. Ireneusz1966.
Szopienickie bagry są miejscem potwornie niedocenianym. Poza mieszkańcami dzielnicy i miłośnikami ważek, państwem Przondziono (pozdrawiam serdecznie!), nikt ich bowiem specjalnie nie odwiedza. A szkoda, ponieważ zarówno fauna, jak i flora stawów są wyjątkowo różnorodne. Ponadto jako jedyne ze zbiorników przywołanych w zestawieniu posiadają wodę, którą można pić. Nie pomyliłem się, szopienickie bagry, które były niemym świadkiem epidemii ołowicy, otoczone niemal ze wszystkich stron pozostałościami po przemyśle ciężkim, mają wodę pierwszej klasy czystości - tą samą, co woda którą mamy w domowych kranach. Szczerze powiedziawszy kiedyś nawet próbowałem wody z bagrów i uważam, że jest ona lepsza od goczałkowickiej kranówki. Fakt ten może dziwić tym bardziej, że każdy ze stawów jest popularnym miejscem plażowania Szopieniczan. Gdy jednak pochylić się nad czarną historią zbiorników, łatwo można zrozumieć skąd bierze się taki stan rzeczy.

By to zrobić, trzeba cofnąć się w czasie aż do lat 30. XIX wieku, kiedy to mieszkańcy rolniczego do tej pory Roździenia (obecnie zachodnia część Szopienic) odkrywają złoża węgla w okolicach ulicy Korczaka. W tamtych czasach kopalnię otworzyć mógł niemal każdy, szybko więc powstają dwie: Szczęście Luizy i Dobry Traugott. W ciągu prawie 100 lat istnienia kopalnie te trzy razy doświadczały katastrof związanych z zalewaniem szybów wodą - a to z nieopodal płynącej, wtedy nieuregulowanej jeszcze, Rawy, a to ze źródeł podziemnych. Dramat mieszkańców był ogromny, podobnie straty w ludziach i majątku, trzeba było jednak szybko poradzić sobie z podbramkową sytuacją, bowiem w bliskim sąsiedztwie firma Spadkobiercy Gieschego zaczynała budować wtedy węglowe imperium. Do prawidłowego funkcjonowania kopalni na tak niekorzystnym podłożu potrzebne były duże, z czasem coraz większe ilości piasku - wydobywano je więc na obszarze pola górniczego Hubertus oddalonego od szybów o niespełna kilometr. Z powodu problemów ekonomicznych tuż przed wybuchem II Wojny Światowej zawieszono pracę kopalni. Po dojściu komunistów do władzy próbowano jeszcze raz podjąć się wydobycia, tym razem w kopalni Polska" na Borkach. Niewyobrażalne zniszczenia terenu uniemożliwiały jednak prowadzenie sensownej działalności. Do połowy lat 50. zaprzestano więc wydobycia piasku na Hubertusie, koncentrując się na prowadzeniu wydobycia węgla upadową. Wyrobiska pozostałe po kopalniach piasku zaczęły w tym czasie napełniać się wodą. Tak powstały pierwsze szopienickie bagry: Ewald, Gliniok i Hubertus. Przystąpiono też wkrótce do likwidacji bliższego, ogromnego wyrobiska, które pod koniec lat 60. ubiegłego  wieku stało się dnem dla dzisiejszego bagru Morawa. W końcu w 1967 zamknięto upadową na Borkach, gdzie teren także zaczął się osuwać. Już na mapie z 1973 roku widać, że po dawnym przemyśle górniczym w Szopienicach pozostały tylko płaskie lustra wody.

Przyroda zespołu przyrodniczo-krajobrazowego Szopienice - Borki, fot. Katarzyna Przondziono.
Hubertus, Ewald, Gliniok, Morawa i Borki znajdują się więc w miejscach, gdzie czysta woda zawsze chciała się dostać - skrajna bieda, a później chciwość ludzi, jedynie ułatwiły jej dotarcie do celu. Dzisiaj szopienickie bagry są połączone w Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy Szopienice - Borki i zachęcają do odwiedzin nie tylko swoich sąsiadów spragnionych wypoczynku na łonie natury, ale też przyrodników: zarówno tych profesjonalnych, jak i amatorów. Gorąco zachęcam do przyłączenia się do nich i przekonania się, że skutki działalności przemysłu ciężkiego w Katowicach bywają także wyjątkowo pozytywne i piękne.