Reklama

piątek, 4 stycznia 2019

Śladami Spadkobierców Gieschego, część 1: Czar ukruszonej cegły

Zachodnia i wschodnia część Katowic różnią się od siebie pod kilkoma względami. Zachód jest gęściej zaludniony i bardziej homogeniczny architektonicznie. Na wschodzie każda dzielnica ma swój unikalny styl, jest też więcej lasów. Wschodnie osiedla zawsze były bardziej uprzemysłowione, a zachód - miejscem inwestycji mieszkaniowych. Różnic jest oczywiście masa. Powodem tego wszystkiego jest, jak zawsze w przypadku Katowic, burzliwa historia miasta. Zachodnia część znajduje się bowiem w granicach Katowic, lub jest z nimi bezpośrednio związana ekonomicznie od przynajmniej 70 lat. Wschodnia część natomiast była jeszcze niedawno całkowicie niezależna od serca miasta, a znalazła się w granicach Katowic dopiero w 1959 roku. Mowa oczywiście o Szopienicach, miasteczku liczącym sobie ponad 600 lat, które wraz z przyległościami w postaci dwóch osiedli należących niegdyś do firmy Georg von Giesches Erben (Spadkobiercy Gieschego) oraz wsiami Janów i Dąbrówka Mała, tworzyło miasto Szopienice przez całe lata 50.

Szopienice w 1945 roku, z archiwum bytom.webd.pl.
Tajemnicze "dwa osiedla należące niegdyś do firmy Spadkobierców Gieschego" to oczywiście Nikiszowiec i Giszowiec. To ta firma, posiadająca niegdyś wszystkie kopalnie tej części Katowic, właśnie "winna" była całemu zamieszaniu. Samowystarczalność miasta Szopienice była spowodowana mistrzowskimi posunięciami ekonomicznymi, zatrzymanymi dopiero po wojnie przez komunizm. Decyzje firmy Giesche dały nam jednak nie tylko przepiękną architekturę Nikiszowca i Giszowca. Mam zamiar  przybliżyć trochę jej historię, w porządku chronologicznym opisując jej piękną spuściznę, z którą możemy dzisiaj obcować.

Georg von Giesche urodził się w 1653 roku na Dolnym Śląsku we wsi Smardzów. Młody szlachcic pochodził z raczej ze zubożałej małopolskiej rodziny, poślubił więc córkę wrocławskiego kupca. Panna młoda w posagu wniosła bogate kramy na rynku. Nie wątpię w jej urodę oczywiście, lecz Giesche szybko się wzbogacił kupując po pewnym czasie kopalnię cynku w bytomskim Bobrku. Niewiele trzeba było mu czekać  na rozwój przedsięwzięcia, także wkrótce  cesarz niemiecki obdarzył go  nawet monopolem na wydobycie rud cynku na Śląsku i  tytułem szlacheckim. Po śmierci Gieschego majątek przejęła jego żona, rozpoczynając okres górnośląskiej prosperity rodziny. Friedrich Wilhelm von Giesche, syn Georga, zmarł bezpotomnie w 1754 roku cały swój majątek zapisując siostrze i siostrzeńcom. Już 80 lat później prawnukowie Georga von Giesche i ich powinowaci posiadali pas ziem na terenie późniejszego miasta - zaczęły się lata wzmożonych inwestycji w wymierających powoli Szopienicach, zwieńczonych zarejestrowaniem spółki Spadkobiercy Gieschego w 1860 roku. Tymczasem na terenie gminy Janów znajdował się już swoisty skarbiec - kilka pól górniczych, które czekały na swój głos w historii Katowic.
 
Jadąc autobusem w z centrum Katowic w kierunku Mysłowic warto wysiąść na ostatnim przystanku w granicach pierwszego z miast i zrobić sobie kilka godzin przerwy od rutyny pędzącego świata. Spacer po zabytkach Szopienic powinien zamknąć się w jednej godzinie. Dla dysponujących mniejszym zasobem czasu proponuję wybrać się dziesięciominutową trasą na zachód, do bram zameczku rodziny Prittwitz, która urzędowała w budynku mieszczącym się przy ulicy Krakowskiej 81. Zameczek był miejscem skąd Wilhelm von Prittwitz zarządzał górniczym mieniem Spadkobierców pod koniec XIX wieku. Miłośnikom techniki epoki pary proponuję alternatywę dla Zameczku - powstałe w 2015 muzeum Walcownia znajdujące się przy ulicy 11 listopada 50, otwarte w godzinach 10:00-18:00. Tam z Katowic najłatwiej dostać się tramwajami jadącymi w stronę Szopienic. 

Wytrwalszym proponuję rozpoczęcie mojej trasy przejściem w kierunku przeciwnym, ulicą Krakowską. Tam Spadkobiercy Gieschego zbudowali w 1834 roku pierwszą kolonię robotniczą "Wilhelmina", która choć strasznie zaniedbana, stoi do dziś. Było to miejsce, gdzie po trudach pracy w hucie o tej samej nazwie robotnicy mogli udać się na spoczynek. Z oryginalnych zabudowań zostało już bardzo niewiele.

Kamienica przy ulicy Krakowskiej 182, część kolonii Wilhelmina.
Dalszym etapem będzie skręcenie w lewo w ulicę Woźniaka. Idąc szosą, po prawej stronie czytelnik zobaczy pozostałości prawie 200 letnich zabudowań - budynek dyrekcji huty "Wilhelmina" (później "Uthemann") wraz z wieżą ciśnień. Nieobjęte pracami konserwacyjnymi, niestety poddały się pożarze kilka lat temu, w wyniku którego budynek dyrekcji pozostał nadpalony. W pierwszej połowie XX wieku zakład wiódł prym w przetwórstwie cynku i ołowiu w Europie. Znajdowały się tu najnowocześniejsze w tamtym czasie piece i infrastruktura pomocnicza. To te tereny były też plenerem dla filmu Kazimierza Kutza "Sól ziemi czarnej". Gdzieniegdzie w ruinach huty można natknąć się na stopione w fantazyjne kształty cegły, stojące w tym samym miejscu od niespełna dwóch wieków. Pierwsze wielkie dzieło Spadkobierców ma na koncie również czarną kartę historii - było przyczyną epidemii ołowicy u szopienickich dzieci 60 lat temu, która zamiatana była pod dywan przez komunistyczne władze. Ciekawostką jest, że założona w 1834 roku huta fukcjonuje do dziś, oczywiście pod inną nazwą i nie stosując już tak negatywnych dla środowiska metod produkcji.

Ruiny huty cynku i ołowiu "Wilhelmina", później "Uthemann".
Kierując się na północ ulicą Lwowską, czytelnik minie neogotyckie zabudowania kościoła pw św. Jadwigi Śląskiej oraz szkołę dla dziewcząt (obecnie liceum, w którym zdawałem maturę), będącą kwaterą główną III powstania śląskiego. Warto zwrócić uwagę na szczegóły kryjące się na rogach ulic serca Szopienic. Wprawne oko jest w stanie wypatrzyć bowiem niesamowite dzieła, niestety nieobjęte ochroną konserwatora zabytków.

Kamienica przy ul. Wiosny Ludów 4.
Dalej na północy, przy ulicy Morawa znajduje się trzecia w kolejności budowy kolonia hutnicza z 1860 roku. Nazwa wywodzi się od zarazy, która nawiedziła Szopienice 30 lat wcześniej. Nadano ją w 1995 roku w celu uczczenia pamięci zmarłym, którym jest także poświęcony historyczny krzyż przydrożny na terenie kolonii. Tutejsza architektura zdradza pośpiech budowy zarządzonej przez Spadkobierców Gieschego - wiele budynków późniejszych charakteryzuje coraz bardziej widoczna niedbałość wykonania. To nadało osiedlu bardziej indywidualny, niepowtarzalny charakter. Nie polecam jednak wybierania się tam, jeżeli goni czytelnika zmrok. Sam unikałem wychodzenia po ciemku będąc przez 11 lat mieszkańcem jednej z tych kamienic. Niestety z dawnego blasku Szopienic pozostały jedynie wspomnienia historii zaklęte w ukruszoną cegłę.

Kamienice nr 65 i 69. Kolonia Morawa.
Jeżeli jednak czar zwiedzania nie prysł, zapraszam do zobaczenia jeszcze dwóch obiektów, tym razem - na szczęście - zabytkowych. Pierwszym z nich jest zbudowana wg projektu Emila i Georga Zillmannów w 1912 roku, wieżyca na wzgórzu przy ulicy Korczaka. Była ona wykorzystywana do produkcji śrutu ołowianego w dość pomysłowy i ekonomiczny sposób. To co w tradycyjnych zakładach musiało być wykonywane z użyciem siły tłocznej, wieżyca wykonywała z pomocą grawitacji. Wieża Zillmannów jest obiektem charakterystycznym dla tej dzielnicy, widać ją bowiem z równin oddalonych o kilka kilometrów.

Wieża Zillmannów.
Na koniec spaceru czytelnik zobaczy kolonię Borki zbudowaną w 1850 roku. Jest to najbardziej zaniedbane, ale też najbardziej niezwykłe z szopienickich osiedli. Wyłania się bowiem z kompletnej pustki. Zważywszy na fakt, że była to druga w tym rejonie kolonia robotnicza Spadkobierców Gieschego, a w ścisłej bliskości nie było żadnego ich zakładu, osiedle to pozostawia naprawdę kosmiczne wrażenie - nawet dzisiaj - wyłaniając się znienacka zza drzew i łąk. Zmęczony? Blisko znajduje się zbiornik Borki z plażą, gdzie w letni czas bawią się mieszkańcy nie tylko małego osiedla. Znajdująca się w nim woda jest zdumiewająco czysta, bywa jednak miejscami naprawdę głęboka, o czym niejednokrotnie miałem okazję się przekonać.

Kolonia Borki.