Reklama

środa, 9 stycznia 2019

Prawdziwe katowickie bojki

Kiedy byłem w czwartej klasie podstawówki, dostałem od rodziców książkę Marka Szołtyska pisaną całkiem w jego stylu - to znaczy łamaną polszczyzną, z niekiedy wtrącanymi śląskimi słowami. Nazywała się Bojki śląskie. Książka była jednak ciekawie przemyślana - Szołtysek przerabiał w niej znane baśnie na śląskie realia. Była tam między  innymi dziouszka ze sztracheclami z katowickiego dworca (czemu nie banhofu?) - postać przecież całkowicie nie nasza, jakby siłą wklejona z innego świata. Wtedy wzięło mnie na przemyślenia - czy naprawdę w Katowicach nic takiego się nie działo, że autor musiał posiłkować się Andersenem, by stworzyć ciekawą historię? Dopiero w dobie internetu udało mi się dokopać do jakichkolwiek śladów naprowadzających na coś, co można nazwać katowickimi legendami, czy mitami. Materiał, który zgromadziłem jest bardzo niejednorodny. Dziś będzie więc nieco luźniej, może trochę bardziej nostalgicznie.

Kopalnia i las - toposy śląskich bojek, fot. Megaclaudio.
W poprzednim wpisie przytoczyłem historię szopienickiego górnictwa, które aż prosi się o przerobienie na legendę. Jeżeli ktoś jeszcze się nie zapoznał z tym wpisem, zapraszam do lektury Sztauwajerów i bagrów. Tym razem przedstawię tę historię w formie śląskiej bojki. Spóźnione podziękowania należą się dr Danieli Dylus, polonistce z VI Liceum, która napisała artykuł opowiadający o tej niezwykłej historii.
Biedni mieszkańcy starego Roździenia nieopodal Szopienic od wieków uprawiali rolę na niemal jałowej śląskiej ziemi. W końcu pojawiła się jednak szansa na odmianę losu - kopalnie węgla. Wielu chciało dostać się do naturalnych skarbów i posiąść niezmierzone bogactwa, udało się to jednak tylko nielicznym. Ludzie korzystając z dóbr natury nie szanowali przy tym jej praw - wydobywając piasek potrzebny w kopalniach, niszczyli piękne pola i łąki. Rozgniewany Skarbek dawał im znaki, żądając by przestali fedrować - zsyłał na mieszkańców powodzie i zalewał kopalnie. Górnicy jednak pracowali dalej, a rzeka coraz częściej wylewała z koryta - cały czas pojawiały się nowe ofiary. Po długiej i wyczerpującej walce z żywiołem górnicy zrozumieli, że muszą poddać się woli Skarbka i  porzucić szyby. Duch kopalni w końcu uspokoił  się, nie dał jednak o sobie zapomnieć. Po latach przyszło jednak nowe pokolenie, które z jeszcze większą siłą chciało wydrzeć Skarbkowi szopienicki węgiel. Wtedy duch kopalni ukarał ludzi po raz kolejny i zniszczył ostatni szyb. Kara, choć sroga, nie była jednak zupełna - Skarbek dał bowiem Szopieniczanom jeszcze jedną szansę. Cały rozkopany przez ludzi teren przykrył krystalicznie czystą wodą bagrów, po których pływają dzisiaj łabędzie. Mieszkańcy muszą teraz troszczyć się o nowy krajobraz, po tym jak doszczętnie zniszczyli stary.
Katastrofa w Roździeniu na fotografii Heinricha Berndta, z archiwum strony Szopienice.org.
Jest to oczywiście moja osobista twórczość, nie wolna przecież od błędów. Nie odbiega ona jednak moim zdaniem od tradycyjnych śląskich historii, które najczęściej dotyczą właśnie miejsc bliskich opowiadającym - nowożytne mity pielęgnują etos pracy, dotykają problemów zwykłego człowieka. Są też takie opowieści, które nie kończą się  szczęśliwie,  mimo wyraźnego  morału. Mówią one o nostalgii za dawnym, sielskim klimatem Katowic. Serce miasta bije właśnie tą tęsknotą, którą zobaczyć możemy na przykład w tryptyku śląskim Kazimierza Kutza. Nieodżałowany Jasiu Kyks śpiewał też dokładnie o tym samym. Ale czy to też są bojki? W pewnym sensie chyba tak.
„Był ładny słoneczny dzień, samo południe.
A oni przyszli z piłami,
Poobcinali im ręce, głowy, nogi,
By w końcu został świętych liści krzew.

O mój Śląsku, umierasz mi w biały dzień.
O mój Śląsku, niszczą Cię Twe fabryki.
O mój Śląsku, niszczą Twe serce zielone,
Płuca Twej duszy...”
Mieszkańcy kolonii Karbowa ok. 1960 roku, fot. Ireneusz1966.
Tak Adam Adamus wspomina natomiast Karbową, starą kolonię która dziś pogrzebana jest w fundamentach katowickiego osiedla Paderewskiego:
„Gdzie się podziała ma dawna Karbowa?
Czy mi źle było wśród bujnej zieleni?
A może był to dobry sen lub piękna zjawa,
Która już nie powróci, jak minione lata?
W ten sposób umierały bezpowrotnie - całkiem niedawno, bo 50 lat temu - Katowickie zielone osiedla. Młode pokolenie może tylko słuchać historii na ich temat. Karbowa, gdy burzono ją do ostatniej cegły, miała prawie 400 lat. Przysiółek powstawał w tym samym czasie co dawne Katowice; tym samym zajęciem - metalurgią - trudnili się jej mieszkańcy. Na przełomie wieków funkcjonowały tu też dwie cegielnie i huta Emma, które zaopatrywały rodzące się miasto w niezbędne surowce. Karbowa była też kwiecistym buforem pomiędzy lotniskiem na Muchowcu, a kamienicami Katowic w latach powojennych. Drobna osada zniknęła bezpowrotnie z powierzchni ziemi w 1970 roku. Nowe wypiera stare - ten sam los spotkał zapomniany już Bederowiec, który w tym samym czasie został pochłonięty przez osiedle Tysiąclecia. Jeszcze w XIX wieku znajdowały się tu stolarnia i młyn, w latach międzywojennych jednak władze Katowic umieszczały na osiedlu bezrobotnych. Miejsce nieuchronnie podupadało. Niewygodną dzielnicę dopadło w końcu smutne przeznaczenie.

Ale co ze starymi bojkami, które opowiadały nasze prababcie? Najlepsze zostawiłem na koniec. Mamy bowiem w Katowicach historię naprawdę wyjątkową. To ludowe podanie przytaczał już Karol Miarka w latach 60. XIX wieku, kiedy naukowa etnografia jeszcze raczkowała. Opowieść dotyczy ponoć najstarszego zamieszkanego miejsca na terenie Katowic. Miejscem tym jest oddalona o niecały kilometr od murckowskiej hałdy Siągarnia - obecnie gospodarstwo rodziny Jaskółów zwane Winną Zagrodą. Małżeństwo zajmuje się produkcją koziego sera i wina całkowicie od podstaw. Współcześni mieszkańcy zdają sobie sprawę z tego, że ich dom znajduje się w miejscu niezwykłym, podtrzymując jego legendę. W treści tej bojki też puściłem nieco wodze fantazji, najważniejsze szczegóły nie zostały jednak przeze mnie zmienione.

Czarna studnia na Siągarni, fot. Erdymancyjo.
Na Siągarni, kiedy Kruszwicą władał zły król Popiel, przy leśnej ścieżce zwanej Czarną Drogą, mieszkała czarownica. Długowłosa, z krzywym nosem sięgającym brody i ślepa na jedno oko, nosiła naszyjnik zrobiony z zębów i kości małych dzieci. Jej siedzibę stanowiła  jama ziemna pod starym bukiem. Dostać się tam jedynie mogli ci, którzy znali hasło - ciche pohukiwanie na podobieństwo sowy. Całe dnie Czarna Czarownica warzyła eliksiry, czyniła straszliwe czary i dybała na życie  zbłąkanych  wędrowców. Otoczenia jamy wraz z życiodajną Czarną Studnią strzegł nieprzekupny wielki wąż. Któregoś dnia do lasu trafił zbłąkany misjonarz - święty Klemens z Ochrydy, uczeń sławnych Cyryla i Metodego, świętych patronów naszych ziem. Klemens uciekał na oślep od  prześladowców, którzy ścigali go aż od dalekich Moraw. Czarownica schwytała wnet niczego niespodziewającego się kapłana, aby czarami pozbawić go życia. Zła wiedźma musiała jednak ugiąć się wobec potęgi świętego krzyża, którego boskiej mocy wcześniej nie znała. Słysząc z ust Klemensa słowa modlitwy, straciła nagle siły i upadła na ziemię. Święty uciekł jej wtedy, a jako dziękczynienie za swoje ocalenie poświęcił Bogu pobliski pagórek, zwany do dzisiaj Klemensową Górką. Nieznane natomiast pozostają dalsze losy czarownicy. Czarna Studnia jest jednak dzisiaj sucha i pusta, więc możliwe że i stara wiedźma wyzionęła w końcu ducha.
Tak po prawdzie nie wiadomo, czy Klemens w ogóle kiedykolwiek zapuścił się tak daleko na północ, hagiografie milczą bowiem na ten temat. Katowice mają jednak swoją legendę z krwi i kości. Fakty historyczne nie mają więc tu żadnego znaczenia.

Piosenka Czarna Studnia” autorstwa Sylwka Szwedy.